FANDOM


Szlachcic z Ard Carraigh. Któryś z kolei syn ze średnio znaczącej rodziny z wojskowymi tradycjami. Służył w lekkiej kawalerii Kaedwen jako oficer średniego szczebla. Z powodu pewnych perturbacji zakończonych trupem wysoko postawionego wojskowego musiał odejść ze służby, został zdegradowany i wydziedziczony. Perturbacje sprowadzały się do tego, że ów panicz wpadł w zasadzkę, której Mikkelsen raczył nie zauważyć. Ot, pech, tragedia, niepowetowana strata i żałoba po dobrze zapowiadającym się i mającym już zapewnioną świetlaną przyszłość synu z arystokracji, okrutna zbrodnia i takie tam. Tymniemniej zdarza się. Mads nie żałował. W końcu trudno żałować, kogoś, kto gwałci ci siostrę. Kroniki sądowe dziwnym trafem zbywają milczeniem opisanie, lub choćby odnotowanie tego uczynku. Może to i lepiej. Nigdy nie wiadomo, kto by czytał ten opis a lektura dla wrażliwych z pewnością by to nie była. W zasadzie nie byłaby to lektura, dla każdego o w miarę normalnej psychice. Chociaż ci mniej wrażliwi i nie mający takich problemów z psychiką, zapewne doceniliby fantazje i pomysłowość młodego panicza. Mads nie docenił. Ograniczył się do wykazania się swoją w czasie zasadzki. I przez kilka następnych dni po niej. I przy przekazywaniu ciała rodzinie. Generalnie Mads potrafi być pomysłowy, jeśli tego chce. Niestety jego pomysłowość też nikt nie chciał docenić. Ot, kolejny pech, ale Mads nie narzeka.

Przed sądem niczego nie udało mu się udowodnić. Tak naprawdę to nie wiadomo, czy faktycznie nie było dowodów, czy, co może wydać się dziwne, postarała się o to rodzina zmarłego panicza. Wyjaśnia nieco sprawę fakt, że w przypadku skazania Mads niechybnie został by powieszony. A tak, to można go było zdegradować, zmusić rodzinę, aby się go wyrzekła i wydziedziczyła i dopiero wtedy zabić. No cóż, z wyjątkiem tego ostatniego wszystko idealnie pasuje do tej spiskowej teorii. Jednakże Mikkelsen nie zginął. Musiał, co prawda opuścić Kadar, ale pozostał w bliskich okolicach. W końcu, czym może zająć się człowiek, który granice zna jak własną kieszeń, zna patrolujące ją odziały i sporą część ich dowódców, z których nie wszyscy przecież są przyjaciółmi/znajomkami/poplecznikami pewnej rodziny? Ot, od czasu coś lub kogoś przewieść bezpiecznym szlakiem, między patrolami. Od czasu do czasu dowiedzieć się tego i tamtego, i tego typu dobrze płatne zajęcia. Dobrze płatne - na te dwa słowa należy zwrócić szczególną uwagę. Mads nie narzekał. Nie pytał, kto płaci. Nie pytał też ile. Pytał tylko, za co. Za ile, określał sam. Targowanie się nigdy nie było jego mocną stroną, więc zwyczajnie się nie targował.

Trwało to kilka lat, z małymi przerwami na unikanie coraz to nowych pościgów (czy pojedynczych idiotów) organizowanych w celu zdobycia jego głowy, która coraz bardziej nabierała na wartości. Powiadają, że żeby ocenić wartość człowieka, trzeba sprawdzić, jakich ma wrogów. Jeśli trzymać się tej teorii, to Mikkelsen w ciągu tych kilku lat zaczął gwałtownie zwiększać swój status społeczny. Jednakże, w pewnym momencie jego działalność zaczęła być zbyt widoczna, więc postanowił się przenieść. Od tej chwili minęło kolejnych kilka lat. Mads spędził je jak na każdego szanującego się najemnika i banitę przystało. Ot, wojenka to tu, to tam. Raz po tej stronie, raz po tamtej stronie. Jakaś zasadzka, żeby nie wyjść z formy. Grabież, napad czy podjazd jak się trafi, też jest miłym przerywnikiem. Ba, nawet bitwa się trafiła! Co prawda przegrana, ale zawsze... Ot, żołnierskie życie. Mads nie narzekał. Jako były oficer potrafił dowodzić jakimś niedużym oddziałem, a jego podkomendni nie mieli zbyt wiele okazji żeby na niego narzekać. Z jednym wyjątkiem. Szybko nauczyli się, że damą należy się szacunek. I nie należy zmuszać ich do tego, na co nie mają ochoty. Nigdy. No chyba, że chce się poznać pomysłowość swojego dowódcy. Większość nie chciała.

Od kilku lat w służbie kościołowi aktualnie pełni rolę dowódcy oddziału Gwardii Pappieskiej zwanego od jego imienia Aniołkami Mikkelsena.